Nad malowniczą rzeką Uną, na jeden z nielicznych ławeczek przysiadł podróżny. Staruszek w znoszonym wojskowym szynelu z jedną tanią podróżną walizką i staromodnym sakwojażem.
Pogoda była cudowna. Świeciło słońce, od gór wiał leciutki chłodny wiaterek. Staruszek na pieczołowicie rozłożonym kawałku gazety, rozłożył kanapki, złożone z wojskowego komiśniak i konserwy, które ukradł poprzedniego dnia z transportu wojskowego, niezwyciężonej cesarskiej i królewskiej armii.
Z emaliowanego kubka roztaczał się aromat mocnej kawy, a w wyszczerbionej szklance z grubego szła krystalicznie i aromatycznie do spożycia zachęcała rakija, prezent od pasterzy z góry Szator.
Staruszek rozkoszował się pięknym sobotnim przedpołudniem.
Nagle jego wzrok przykuła porzucona gazeta, w dziwnie znajomym języku, w dziale sportowym informowała o marazmie w klubie sportowym Honved Budapest. Staruszek podniósł gazetę i przebiegł wzrokiem tekst. Pod wpływem nieprzyjemnych informacji ciężko klapnął na ławeczkę, odruchowo wychylił szklaneczkę raki.
-bez trenera, bez trenera-powtarzał zmartwiony.
-prawie dno tabeli!-zgrzytał zębami.
Dzieciaki, które go obserwowały, aby zapewne go okraść, opowiadały później, że na ławeczkę wskoczył ogromy szczur, ubrany w frak, z cylindrem i złowrogo połyskującym monoklem na lewym oku.
Szczur wsparł się na ramie staruszka i zaczął mu coś szeptać do ucha
pozdrowienia z Drvaru, miasteczko brzydkie, rzeka piękna, a góra Szator warta zdobycia.
b.